Parę słów o mojej nowej koleżance
Pewnego słonecznego październikowego dnia moja pani zapakowała nas do samochodu
i pojechałyśmy daleko, aż na Moravy w Czechach. Tam poznałam całe stado innych
cavalierów, wprawdzie przyjęły mnie bardzo grzecznie, ale taki tłum mnie
odrobinę męczy, więc bardzo chciałam wracać do domu. Dwa tygodnie później pani
wróciła do domu z małą cavalierką, którą miałam okazję tam poznać. W ten sposób
w naszym domu pojawiła się Fibi. Fibi jest znacznie młodsza ode mnie i zupełnie
inaczej wygląda. Przez pierwszy tydzień myślałam, że to jakaś ciamajda jest –
tylko siedziała, chodziła za panią i takie śmieszne dźwięki wydawała z siebie –
ni to pies, ni to gołąb… Szybko jednak zorientowała się, że nasz dom jest teraz
jej domem, a nasze stado, jej nowym stadem. Fibi jest strasznie śmieszna – nie
ma w sobie nic z prawdziwego psa - jak siada, to rozjeżdża się przy tym jak
żaba, jak „szczeka” to
gulgocze jak gołębie, jak śpi – to koniecznie na poduszce
i pod kołdrą (sic!), a jak je – to jak smok. Ale do zabawy i wspólnej gonitwy
jest idealna – całą jesień chodziłyśmy razem na spacery, pani nas puszczała, a
my robiłyśmy wielkie koła (Fibi nic kompletnie nie umie, więc nie można było
bawić się w aportowanie), jeździliśmy na działkę – trudno, muszę się podzielić
moim ogrodem, chociaż coraz mniej miejsca do biegania – pani powiedziała, że to
wielkie, co przez wakacje urosło, to nasz dom –
co jest dziwne o tyle, że dom
jest w mieszkaniu, w domu jest MOJA kanapa i MOJE fotele i MOJA miska, a tu nie
ma nic, jeszcze ostatnio jakieś zwierzę nasikało w moim ulubionym kącie pod
schodami…
W każdym razie od pierwszej wizyty na działce, Fibi wymyśliła sobie, że mój
ogródek należy również do niej i musiałam ustąpić, za to zaciekle bronimy naszej
działki jeśli przy płocie pojawiają się obcy. Śpimy sobie razem w ciągu dnia –
czasem ja śpię na Fibi, czasem ona na mnie, bawimy się razem doskonale (nie
lubię tylko zabawy w „odgr
yźć Milce uszy”), gonimy się fantastycznie (trzeba
przyznać, że mała nieźle biega), Fibi tylko w ogóle nie uważa – ile razy
wydzwoniła w futrynę drzwi, w deskę na działce, w stojącą torbę z zakupami –
jeśli ma coś ciekawego, to leci na oślep! Jest całkiem fajna, nawet Szira ją
polubiła od pierwszego spotkania. W ogóle wszyscy ją lubią, pan od pierwszych
dni brał ją na kolana, nie mówiąc o pani! Jestem trochę zazdrosna, ale trzeba
przyznać, że bawią się tyle samo ze mną, co z Fibi – a najczęściej bawimy się
razem.
Parę słów o tym, jak minął mój pierwszy rok
Właśnie skończyłam rok. Z niesfornego szczeniaka zmieniłam się niedawno w
spokojną cavisiową panienkę. Zdecydowanie kanapa, to najbardziej ukochane
miejsce w całym domu - wygodne, przytulne, a jak jeszcze można wtulić się w
poduszkę…
Te pierwsze kilkanaście miesięcy mojego życia było bardzo intensywne: cała masa
wycieczek,
podróży dalszych i bliższych, spotkań ze starszymi koleżankami i
kolegami. Nie obyło się bez wizyt u weterynarza (takie dziwne miejsce, gdzie
okropnie śmierdzi i wszystkie zwierzęta siedzą z podkulonymi ogonami), no i po
kilku mogę stwierdzić z całą stanowczością, że nie znoszę szczepień! Były też
przyjemne wizyty (i te właśnie najbardziej lubię) różnych znajomych mojej pani,
którzy zawsze mają coś dobrego w kieszeni. Nauczyłam się, że wystarczy tylko
pięknie usiąść i położyć łapkę na kolanie,
patrząc przy tym prosto w oczy i
ZAWSZE dostaję to co chcę. W grudniu były Święta - cóż za dziwny zwyczaj - pies
na ostatnim miejscu przez kilka dni, sprzątają, gonią, szykują, ale za to
zapachy jakie! A smakołyki! Wybaczyłam pani kilka dni nieuwagi za kawałeczek
makowca i rolady z indyka.
Nauczyłam się przez ten rok, że Szira ma długie i ostre pazury, więc jeżeli nie
ma ochoty (niestety przeważnie nie ma), to należy zostawić ją w spokoju. Bardzo
było mi jej żal, gdy była chora i pani przywiozła ją od weterynarza; podeszłam i
polizałam ją, żeby wiedziała, że jej współczuję,
odsunęłam się nawet na kanapie
i nie przeganiałam jej z kolan pana. Teraz bawimy się często razem, a Szira
zawsze przychodzi się ze mną przywitać gdy wracamy ze spacerów.
Uwielbiam moją panią. Nigdy się nie nudzimy, chociaż uważam, że gonitwa za
piłką
to zabawa dla małych szczeniaczków, ale żeby pani nie było przykro, to chętnie
się z nią bawię. Zdecydowanie wolę bardziej poważne zabawy jak tropienie,
wyprawy do lasu, aportowanie, a ostatnio odkryłam skoki przez pnie drzew i
podoba mi się to coraz bardziej! Kocham też Danusię, a najbardziej ten moment
wcześnie rano, kiedy wszyscy jeszcze śpią, a ja skradam się do niej i wsuwam pod
kołderkę. Śpimy słodko aż do chwili, kiedy pani przychodzi i mówi: idziemy na
spacerek. No zupełnie nie wiem jak można takie rzeczy psu robić!

Spacery i wyjazdy na działkę to najprzyjemniejsza rzecz w ciągu dnia.
Zauważyłam, że jeśli trzymam się blisko i nie uciekam, to pani odpina mi smycz i
mogę biegać dowoli. Wtedy też jest najfajniej: aportuję, gonimy się i ZAWSZE
dostaję nagrody. Wyprawy na działkę to dopiero super sprawa! Tam biegam
wyłącznie bez smyczy, mam swoje ukochane legowisko i całą masę zabawek, tam
ćwiczymy i odpoczywamy. Nie ma nic lepszego jak położenie się w cieniu leżaka
mojej pani, gdy ona kładzie mi rękę na głowie, wtedy czuję się szczęśliwa i
bezpieczna.
Czasem jestem brudna i wtedy pani mnie kąpie. Oj jak ja tego nie lubię, ale
rozumiem, że później nie byłoby szans na wsunięcie się pod kołderkę, więc godzę
się z tym w nadziei, że im grzeczniej będę stała, tym szybciej skończą mnie myć…
Czesanie, mycie zębów i uszu też nie należą do
najprzyjemniejszych czynności
tygodnia, chociaż pocieszające jest to, że wtedy mogę liczyć na ekstra
smakołyki, pochwały i pieszczoty od pani.
Muszę się Wam przyznać do jednego wielkiego sukcesu - przez ten rok pan bardzo
mnie polubił i tak jak moja pani, daje mi różne pyszne rzeczy (czasem
nawet ze
swojego talerza, na co pani nigdy nie daje się namówić), uwielbiam razem z nim
oglądać telewizję, to znaczy pan ogląda, a ja mogę się wygodnie wyciągnąć na
jego długich nogach. Na jedno mi tylko pan nie pozwala - na wchodzenie do łóżka,
ale to akurat, sprytny pies zawsze sobie jakoś załatwi!
Parę słów o tym, czego się nauczyłam
Jak tylko skończyłam 6 miesięcy, to pani powiedziała, że
najwyższy czas
zrobić ze mnie
wychowanego psa. Zaczęłyśmy co tydzień jeździć gdzieś daleko,
60km od domu na szkolenie. Najpierw myślałam, że chcą mnie czegoś nauczyć, ale
było inaczej! Pani Aneta Graboś uczyła tych różnych rzeczy moją panią, a ja
siedziałam, patrzyłam i przyłączałam się do zabawy - bardzo polubiłam te
cotygodniowe wyjazdy, bo co chwilę
mnie chwaliły, głaskały, mówiły, że jestem
grzeczna i śliczna i bardzo
ładnie coś robię! Od pierwszego dnia dostawałam masę
pysznych smakołyków - za nic - no bo co to za problem stać grzecznie i machać
ogonkiem? Albo iść na smyczy tuż przy nodze pani. Najtrudniej było zostać w
miejscu, gdy pani sobie szła ode mnie, ale domyśliłam się, że to taka zabawa i
że pani zaraz wróci, a ja dostanę coś pysznego. Strasznie fajna zabawa to
szkolenie, spotykam tam różne inne psy i ludzi, poznałam nawet suczkę Ikę - to
labradorka,
która
zdobyła tytuł Psa Roku 2007! A moja pani każdą wolną chwilę
spędza razem ze mną i zawsze ma dla mnie przy sobie jakieś pyszności. Teraz pani
uczy sie jak na mnie klikać - to jest dopiero frajda! Jak usłyszę KLIK to ZAWSZE
dostaję coś super - mam nadzieję, że moja pani ciągle będzie się uczyła czegoś
nowego!
Parę słów o moim stadzie
Nasze stado jest bardzo dziwne - mam aż dwie panie, jednego pana i koleżankę
Szirę. Szira jest kotką i wcale nie chce bawić się ze mną.
Najwięcej czasu
spędzam z moją panią Sylwią - ona jest dla mnie najważniejsza - daje mi jeść,
uczy mnie różnych rzeczy, razem jeździmy w różne ciekawe miejsca i razem się
bawimy. Druga pani, Danusia - jest jak moja siostra Orina - tylko dużo większa -
z Danusią biegamy, bawimy się i rozrabiamy.
Mój pan jest bardzo duży i groźny -
czasem krzyczy na mnie, na Szirę - wtedy jak gonimy się nawzajem po kanapach -
mógłby si
ę do nas przyłączyć, bo to naprawdę fajna zabawa!
Mieszkamy w mieszkaniu, w bloku - to jest taka wielka buda, mam tu zawsze pełną
miskę, mnóstwo zabawek i swoje przytulne posłanie, tuż przy łóżku pani i pana (i
tak wymykam się w nocy do Danusi i
przytulamy
się razem pod kołderką. Najbardziej lubię jednak jeździć na działkę. „Nadziałka”
to takie miejsce, gdzie często jeździmy całym stadem. Pani mówi - Milka jedziemy na działkę - i wtedy
wiem, że poszaleję,
pobiegam za piłeczką i frisbee, poszperam w zakamarkach
ogrodu. Najważniejsze, że nadziałka jest moja - ile razy tam jesteśmy to pani
mówi - Milka pilnuj swojego ogródka, jeśli więc ktoś idzie, to głośno informuję,
że nadziałka jest moja i proszę się trzymać z daleka!
Parę słów o mnie
Witajcie, mam na imię Ophelia Tres, ale z niezrozumiałej dla mnie przyczyny
wszyscy w moim stadzie mówią do mnie Milka. Urodziłam się w
dużej hodowli z Cisarskeho Mlyna u pani Jiriny Severovej w pewien piękny majowy poranek. Moja
mamusia - Kiss the Best Arusava, była najwspanialszą mamą, jaką szczeniaczek
może sobie tylko wymarzyć - czuła, troskliwa i wymagająca. Nauczyła nas
wszystkiego, co powinien wiedzieć i umieć mały caviś. Naszym tatusiem jest
Alexander the Great de l'Angelarde,
ale o nim mamusia tylko opowiadała, bo nigdy
go nie widzieliśmy. Moja siostra Orina i brat Orion pojechali do pani Jitki w
hodowli Santana Gwellian, a po mnie przyjechała moja nowa pani i zabrała mnie
daleko od domu, do
innego kraju - do Polski, gdzie mieszkam od półtora roku. Jak
byłam całkiem mała, to z pewnością byłam najbardziej rozbrykanym i szalonym cavisiem na Ziemi - od urodzenia uwielbiałam skakać, biegać, szaleć i bawić się.
Obawiałam się często o mój ogonek, że kiedyś na pewno odpadnie, bo nie miał
biedny wytchnienia - cały dzień intensywnie
machał - co ja biedna mogłam
poradzić na to, że kocham wszystkich i cały piękny świat! Jestem szczęśliwa, bo
otaczają mnie sami dobrzy ludzie i miłe zwierzaki, robią tylko to, na co mam
ochotę, więc ogonkiem uśmiecham się do świata!

Dobrze mieć rok...
Taaaaaa, dobrze mieć rok. Pies już wtedy doskonale wie, czego chce od życia... i od swojej pani. W końcu udało mi się wytłumaczyć Milce, że kolana pani są wyłącznie moje, ale wspaniałomyślnie odstąpiłam jej fotel - w końcu nie mogę leżeć w dwóch miejscach jednocześnie. Ale już jedzenie z dwóch misek na raz nie sprawia większego problemu, żeby tylko jeszcze pies nie musiał przy tym sprawdzać co chwilę, czy konkurencja sie nie czai za rogiem. Za to poduszka należy wyłącznie do mnie, to znaczy czasem muszę zwrócić pani uwagę, żeby się trochę posunęła, bo przecież nie ma dla mnie miejsca, ale jak nie reaguje, to po prostu kładę się na niej coraz bardziej i MUSI się posunąć.
Pani zabiera nas w najdziwniejsze miejsca na ziemi! Byłyśmy w zeszłym
miesiącu w takim wielkim ogrodzie, gdzie spotkałam bardzo dużo innych piesków
takich jak ja i Milka. Najpierw pani
poszła
z Milką i biegały tak śmiesznie w kółko, a potem zaczepili nas do takiej długiej
smyczy, gdzie obok mnie, przede mną i za mną były inne psy. To było fajne, bo
pani wołała a ja bardzo chciałam ją wyprzedzić, jak na spacerach i te inne psy
co stały przede mną i Milką, ale to się nie udało i w końcu tylko poszliśmy taki
mały kawałek a na końcu nas odpięli. Milka często gdzieś z panią jeździ, a mnie
nie chce zabrać - pani powiedziała, że jestem mała wariatka i nigdzie nie
pojadę, żeby wstydu nie narobić. No jaki wstyd - to raz chcą żebym skakała,
potem chcą żebym siadała, raz każą ładnie iść, a raz stać - no jaki normalny
pies się w tym wszystkim połapie?
Mam ukochaną zabawkę - Światełko. Światełko mieszka w szafce w przedpokoju, i jak długo grzecznie siedzę pod szafką i opowiadam panu że bardzo chcę się ze światełkiem pobawić, to pan wstaje i nagle światełko pokazuje sie na podłodze. Och jaka to jest wspaniała zabawa - światełko ucieka, a ja go gonię i jakoś nigdy nie mogę złapać, chociaż bardzo sie staram. Milka patrzy się na mnie spod przymkniętych powiek i doskonale wiem co sobie myśli, ale Milka jest taka damulka że hej, a ja uwielbiam biegać, bawić się, gonić coś-kogoś, naprawdę szkoda czasu na leżenie na kanapie.
Najwspanialszym
miejscem pod słońcem jest dom i Nadziałka. Jeździmy tam codziennie i codziennie
spotykam tam innych, nowych ludzi, którzy mnie bardzo chwalą.
Pani
na pewno ich tam zaprasza specjalnie, bo wie, że uwielbiam jak wszyscy się mną
zachwycają i głaskają. otóż dom to będzie nasze nowe mieszkanie, to jest taka
duża buda, gdzie wszyscy będziemy niedługo mieszkać. Nie wiem czemu już nie
mieszkamy - pani mówi, że jeszcze jakaś woda (brrr) i gaz - a na co to komu,
przyniosłaby naszą klatkę i rozłożyła kocyk i wszyscy się jakoś zmieścimy, a to
jest takie cudowne biegać po trawie od rana do wieczora, gonić Bażanta, który
sobie ubzdurał, że może chodzić po naszej Nadziałce i wypatrywać pani Sarny z
małymi. Ostatnio przywieźli Ogień, to znaczy taką wielką skrzynię, w której ten
Ogień mieszka - raz jest, a raz sobie idzie gdzieś - pewno na spacerek, tak jak
my - bardzo lubię siedzieć i sobie z nim rozmawiać, on wprawdzie nic nie mówi,
ale jak ja mu opowiadam, to on tak podskakuje i tańczy, to chyba wszystko
rozumie?
I
najważniejsza sprawa - mamy własną budę. To jest taki mały domek, w którym mamy
ukochane zabawki, miękki materac i nikt nam tam nie może nic zrobić. Pani na to
mówi klatka. Czasem śpimy z Milką w tej budzie, ale ja najczęściej uciekam do
niej z tym, co uda mi sie właśnie podkraść - zabawkę Milce, albo kawałek sznurka
pani, albo długopis Danusi, albo coś pysznego, co niechcący spadnie w kuchni z
blatu... Tego co zaniesiemy do budy nikt nam nie zabierze - dlatego właśnie jest
to najwspanialsze miejsce pod słońcem - i bardzo bezpieczne - jak jesteśmy w
budzie, to pani nigdy nie krzyczy, czasem coś dobrego dostajemy, czasem
zabieramy ta budę w obce miejsce, siedzimy w niej sobie i nikt nam nie zrobi
krzywdy.
Co nowego...
Mam już pół roku. To niewiele, zwłaszcza, że do poznania jest aż tyle cudownych rzeczy! Wszystko wspaniale pachnie i wygląda, ciągle coś nowego się dzieje i nigdy nie jest nudno. Poznałam kilka takich rzeczy, o jakich na Morawach nigdy nie słyszałam – czy wiecie na przykład co to są „święta”? A ja już wiem – to całe mieszkanie pełne pudeł wypełnionych szklanymi kulami, które cudownie się kulają po podłodze jak tylko je trącić łapką (tylko zupełnie nie rozumiem dlaczeg
o pani mówi ciągle zostaw Fibi, Fibi nie rusz), to długie, kujące kulki na sznurku, które migają w taki dziwny sposób i to taki fajny stojak, na którym pani to wszystko zawiesiła (na pewno nie chciała żebym to ruszała, ale nie mogłam się powstrzymać i trochę spadło) i postawiła na stoliku… Święta to przepyszne zapachy w kuchni i smakowite kawałki mięsa, które co chwile lecą z blatu w kuchni. Zapewne przypadkiem… Ale Święta to przede wszystkim moja pani – cały czas ze mną. Uwielbiam Święta.
Uwielbiam też spać. Zasypiam grzecznie, tak jak pan sobie życzy, na moim posłaniu. Jak tylko zorientuję się, że pan zasypia (to proste – zaczyna chrapać razem z Milką) natychmiast
wyskakuję na łóżko i przytulam się do mojej pani. Czasem uda mi się zająć całą poduszkę, czasem połowę, a często pan się budzi i każe mi schodzić z powrotem na moje posłanie. Trzeba tylko poczekać aż znowu zacznie chrapać. Tylko przez te nocne spacery czasem jestem niewyspana, mógłby pan dać sobie spokój, przecież wiadomo, że i tak wrócę przytulić się do pani…
A w dzień nie ma co tracić czasu na spanie! W dzień trzeba się bawić! Pogonie za Milką i jej uszami to fantastyczna gra – ona ucieka, a ja łapię, czasem uda mi się uwiesić na tym jej długim uchu (chyba że Milka piszczy, no to puszczam) i jaaaadę – ale jest super (nie
rozumiem, dlaczego na to pani też nie pozwala – mogłaby spróbować). W domu jest taka fajna rzecz jak parapet – siadamy z Milką na parapecie i oglądamy sobie cały świat – a jest co oglądać – my mieszkamy wysoko i widzimy wszystkich ludzi i inne psy na dole (jacy ci ludzie są mali!), Milka czasem szczeka, to akurat zostawiam jej, niech sobie szczeka - ja się nie wychylam bo wtedy się ze mnie śmieją (ciągle nie wiem czemu?).
Spacery to najcudowniejsza rzecz na świecie (zaraz po misce pełnej pyszności). Pewnego dnia zrobiło się biało, ziemia stała się całkiem zimna, a po spacerze byłam cała mokra i na moich łapkach i brzuszku było mnóstwo białych kulek, które chciałam zjeść, ale łaskotały
mnie w zęby i język. Odkryłyśmy z Milką, że pogoń w tej białej, zimnej trawie jest jeszcze lepsza niż w normalnej – jak się wywrócisz, to lądujesz na miękkiej poduszce (szkoda że zimnej, no ale nie można mieć wszystkiego). Pani zabiera nas daleko na łąki i biegamy sobie bez smyczy, wiatr rozwiewa nam uszy, wywracamy się i gonimy duże czarne ptaki, które niestety nie chcą na nas poczekać, ani dać się złapać. Wracamy z nich tak zmęczone, że koniecznie musimy się zdrzemnąć, już nieważne gdzie…
Obie z Milką byłyśmy chore. Milka bardziej, ale ja też źle się czułam i wtedy pani woziła nas do naszego pana doktora. Lubię go bardzo, bo jak chce się z nami bawić i pokazać nam takie kółko na sznurku, które kładzie nam na brzuszek, to najpierw dmucha na niego, żeby nie było zimne. Ja w ogóle niczego się nie boję i
bardzo lubię poznawać nowe rzeczy i nowych ludzi – ciągle musze tłumaczyć Milce, że dopóki jest ze mną, to żaden pies na osiedlu nie zrobi jej krzywdy i nie musi się bać. Usiłuję jej też wytłumaczyć, że pani i jej kolana są tylko moje, ale tu akurat widzę pewien problem…
Halo, to ja...
Witajcie, mam na imię Phoebe Piper, w skrócie Fibi. Urodziłam się jako jedynaczka w hodowli Moravia Eden u pani Libuśe. Moim tatą jest Engel’s Pride Napoleone, a mamą Lucy z Krasne Gladys. Wychowałam się w dużym stadzie, gdzie wszyscy bawiliśmy się
i spaliśmy razem, pani Libuś kochała mnie bardzo i spędzałam z nią mnóstwo czasu. Pewnego dnia do naszej hodowli przyjechały dwie panie z cavalierką. Cavalierka siedziała w kącie (chyba bała się trochę), ale moja pani wypuściła nas wszystkich do ogrodu, gdzie mogliśmy pobiegać. Nie wiem czemu mój tato ciągle biegał za tą nową cavalierką – może dlatego tak się bała?
Dwa tygodnie później ta sama pani przyjechała jeszcze raz i tym razem zabrała mnie razem ze sobą. Strasznie smutno mi było – tak
bardzo, że całą drogę leżałam sobie z tyłu i rozmyślałam jak pani Libuś płakała gdy żegnała się ze mną, i że zostawiłam tam moje duże stado, moich rodziców i rodzeństwo i wszystkie ciocie i wujków… Dojechałyśmy do mojego nowego domu. Okazało się, że jest tam też ta cavalierka, Milka i ta druga pani, którą już poznałam. Był też pan, ale od razu wyszedł sobie, więc nawet nie zdążyłam go poznać… Zauważyłam też kota, z którym teraz świetnie się rozumiemy.
W moim nowym domu mieszkam już dwa miesiące. Jest więcej miejsca – bo tylko dwa psy, pani jest tylko dla mnie i dla Milki, jest Danusia do zabawy i najważniejsza rzecz - są kolanka
mojej pani. Wszyscy bardzo mnie lubią, tylko nie wiem dlaczego wybuchają śmiechem za każdym razem kiedy szczekam albo warczę? Lubię bardzo spacery i wyjazdy na działkę – rzadko tam jeździmy bo jest dużo błota i pani
powiedziała, że nie będzie nas kąpała po każdym wyjeździe, za to na spacery chodzimy codziennie i to najbardziej ulubiona rzecz w ciągu dnia. Zaraz po jedzeniu. Uwielbiam jeść, wszystko, pani gotuje nam pyszne jedzenie, albo daje nam mięsko z puszki, albo jeszcze coś innego wyciąga z lodówki. Chodzę za panią krok w krok, bo zawsze można coś fajnego zyskać – jakąś pyszną przekąskę, pieszczotę albo chociaż usłyszę, że jestem śliczna i kochana. Najbardziej lubię zasypiać przy pani – kładę się wtedy blisko niej, opieram głowę o jej poduszkę, a ona mnie delikatnie gładzi po brzuszku – to najprzyjemniejszy moment, zwłaszcza, gdy brzuszek jest pełny. Jest mi dobrze w moim nowym stadzie, dbają o mnie, kochają, bardzo lubię moją nową panią i zrobiłabym dla niej wszystko, ale chętnie odwiedziłabym jeszcze kiedyś stado, w którym się urodziłam…